Niedziela Zmartwychwstania. Najważniejszy dzień roku liturgicznego. Dzisiaj Kościół cieszy się i raduje, i wzywa też nas do radości – bo Jezus prawdziwie zmartwychwstał, zwyciężył śmierć, pokonał nasz grzech, rozpacz i lęk, otworzył nam bramy Nieba i już na zawsze jest z nami, by pomóc nam przez nie przejść. Chociaż zabiliśmy Boga, własnymi rękami przybijając Go do Krzyża, w swym zaślepieniu sądząc, że w ten sposób raz na zawsze uwolnimy się od Jego przykazań i od Sądu, i że zajmiemy Jego miejsce – jak przewrotni rolnicy z Jezusowej przypowieści – to jednak On wciąż żyje, i swoją nieskończoną Miłością pokonał przewrotność naszego grzechu, stwarzając dobro w miejsce zła, i oferując nam Odkupienie, zdobyte właśnie przez to cierpienie i haniebną śmierć, które sami Mu zadaliśmy.
Jezus pokonał w sobie wszystko to, czego się boimy – okrutny ból, odrzucenie, osamotnienie, poniżenie i wyśmianie, a wreszcie samą śmierć. A skoro tak, to czemu mielibyśmy się bać, że inni ludzie nas wyśmieją, odrzucą, będą prześladować, a w końcu brutalnie zabiją? Przecież w ten sposób oni tylko przyczyniają się do naszego uświęcenia, do tego, że szybciej zobaczymy Jezusa; a co więcej, zadawane nam przez nich cierpienia możemy i za nich samych ofiarowywać, tak jak Jezus, i w ten sposób zdobyć ich nieśmiertelne dusze dla Królestwa Niebieskiego. Tylko to powinno nas interesować: chwała Boża i zbawienie dusz, a nie bronienie samych siebie i swojego życia doczesnego za wszelką cenę. Mamy walczyć o dusze, a nie przeciw ciałom.
Oczywiście, to wszystko nie jest takie proste; choć powinno być, ale, jak pisał autor Listu do Hebrajczyków, ciągle jeszcze jesteśmy dziećmi, i potrzeba nam mleka pociech, bo jeszcze nie umiemy pogryźć i przełknąć stałego pokarmu cierpienia. Nie umiemy jeszcze patrzeć na wszystko z perspektywy nadprzyrodzonej; instynktownie uciekamy od tego, co trudne, i buntujemy się, gdy mimo wszystko spotyka nas jakieś zło. Zło, które wciąż jeszcze stanowi kamień obrazy dla wszystkich tych, którzy nie umieją popatrzeć na nie z wysokości Krzyża, i którzy nie widzą, że Bóg po to tylko dopuszcza zło, by wyprowadzić z niego większe dobro: tak jak na Golgocie z największego możliwego zła, z grzechu bogobójstwa, wyprowadził największe dobro: zbawienie dusz, otwarcie nam drogi do Nieba i możliwości bycia z Nim na wieczność, a które zaczyna się już tu na Ziemi. Chrystus owszem, usunie zło raz na zawsze, ale dopiero po Swoim powtórnym przyjściu, kiedy Jego zwycięstwo, zapoczątkowane na Krzyżu, ogarnie całe stworzenie, i ci, którzy będą chcieli być z Nim będą cieszyć się na wieki Jego pełną Miłości obecnością pośród daru Nowego Stworzenia, a ich radości nic już nigdy nie zmąci. Zwycięstwo Dobra nad Złem jest pewne; tylko od nas zależy, po której stronie staniemy i czy weźmiemy udział w tej wielkiej, duchowej walce.
Tymczasem zaś Kościół wzywa nas dziś do cieszenia się, i do wyśpiewywania radosnego „Alleluja”; i to pomimo tego, że zewnętrznie nic się nie zmieniło: wojny, choroby, cierpienia i śmierć oraz w ogóle wszelkiego rodzaju nieszczęścia dalej nękają zarówno ludzkość, jak i nas samych. Ale zmiana ma dokonać się wewnątrz – chodzi o zmianę naszego sposobu patrzenia z doczesnego i przyrodzonego na nadprzyrodzony, Boski, przesycony Wiarą, Nadzieją i Miłością. Bez względu na to, jak się dziś czujemy – może nawet jeszcze bardziej podle niż zazwyczaj – mamy radować się radością woli; mamy radować się nadzieją, jak nas do tego wzywa św. Paweł. Mamy radować się z tego, że przed nami rozciąga się perspektywa pełni szczęścia w Niebie, do którego zmierzamy, i od którego nie oderwie nas już żadne zło tego świata – poza naszym własnym grzechem. Dlatego warto prosić dziś Jezusa (zwłaszcza jeśli mamy poczucie, że znowu zmarnowaliśmy Wielki Post) o to, by żył w nas przez Swą łaskę; bo bez Niego jesteśmy niczym i nic nie możemy, natomiast z Nim możemy wszystko – nawet dojść do prawdziwej świętości.
W rzeczy samej cały ten czas przygotowania, jaki lepiej lub gorzej przeżyliśmy, ma służyć głównie temu: żebyśmy doświadczyli naszej własnej słabości i nicości, tego, że sami z siebie nie jesteśmy zdolni nawet do najmniejszego umartwienia, do najmniejszego gestu miłości czy cierpliwości wobec drugiego człowieka, a co dopiero wobec Boga. Jeśli odczuwasz lub dostrzegasz w sobie tę pustkę, tę słabość i nicość – to bardzo dobrze; bo oto teraz możesz oddać ją Jezusowi, by ją wypełnił Swoją mocą, Swoim Świętym Duchem, jak to uczynił z Apostołami, wchodząc przez zamknięte drzwi ich serc do więzienia ich lęku, by z garstki zawiedzionych i wystraszonych ludzi zmienić ich w nieugiętych Apostołów Dobrej Nowiny, zdolnych publicznie nauczać, a nawet znosić prześladowania aż do śmierci dla Jego Imienia. Ta sama przemiana może i powinna dokonać się i w nas.
Nieskończone, pełne, prawdziwe szczęście jest możliwe i dla nas dostępne, wbrew wszystkim przeszkodom zewnętrznym i wewnętrznym. Nasze miejsce jest w Niebie. Tam zmierzamy, wsparci niezwyciężoną mocą Chrystusa Zmartwychwstałego, idąc za rękę z Nim, mimo że zazwyczaj Go nie widzimy, nie słyszymy ani nawet nie czujemy. A jeśli będziemy się starali ze wszystkich sił być Mu wierni, wybierając Jego ponad wszystko i odrzucając wszystko to, co Mu się nie podoba, to niedługo osiągniemy nasz cel. I właśnie tej radosnej nadziei uczy nas dzisiejsza liturgia.
Surrexit Christus vere, alleluja!