Poprzez dzisiejszą niedzielę wchodzimy, jak przez tryumfalną bramę, w najważniejszy okres w życiu liturgicznym Kościoła, słusznie nazywany Wielkim Tygodniem. Będziemy wspominać te wydarzenia, które stanowiły cel ziemskiej wędrówki Pana Jezusa: Jego Mękę i odkupieńczą śmierć na Krzyżu, a także Jego chwalebne Zmartwychwstanie, które stanowi fundament naszej wiary i źródło naszej nadziei. Postarajmy się przeżyć ten czas w możliwie jak największym skupieniu, by móc jak najwięcej zaczerpnąć z tego niewyczerpalnego bogactwa, jakie Kościół oferuje nam w swej liturgii.
Dzisiejsza liturgia przedstawia nam Chrystusa jako Króla, którego królestwo nie jest z tego świata. Przybywa On do Świętego Miasta Jeruzalem jako prawowity król z dynastii Dawida, a zarazem jako Książę Pokoju. Jego królestwo nie jest oparte na pysze ani przemocy, ani na ciemiężeniu jednych przez drugich; lecz jest ono nagrodą dla cichych i pokornego serca, naśladujących Mistrza w Jego iście Boskiej łagodności, stanowiącej nieodłączny atrybut prawdziwej, niebiańskiej Mądrości oraz najwznioślejszej wszechmocy.
A mimo to natychmiast zostaje On odrzucony przez tych, którzy byli zazdrośni o swoją władzę – czy to religijną, czy to polityczną. Ciemność nie jest w stanie znieść tego, że Światłość obnaża jej nicość i pustkę, i dlatego będzie ją prześladować i starać się ją stłamsić, zdusić, unicestwić. Ale „światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”, jak głosi św. Jan w Prologu swej Ewangelii. I tak oto Krzyż stał się już na wieki „znakiem sprzeciwu” dla jednych, a źródłem światła w świecie dla innych: dla tych wszystkich, których Jezus, wywyższony na drzewie Krzyża, przyciąga do siebie, i którzy dają się pociągnąć, by pobiec za wonią Jego Miłości, jak Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami.
Zatrzymajmy się jednak na chwilę nad sensem Krzyża, i nad tym przedziwnym dziełem Miłości, mocą której Syn Boży uniżył Swoją nieskończoność, zamykając ją w prochu ciała człowieczego; mocą której przekuł On ten znak hańby i śmiertelnej rozpaczy w znak zwycięstwa i ostatecznego tryumfu nad złem. On całe zło, którego zmasowany atak przyjął na Siebie, przecierpiał z miłości, w milczeniu, bez lęku, buntu czy rozpaczy. Przyjął cierpienie i śmierć, które są konsekwencją naszych grzechów, i pokonał je od środka, ani na moment nie oddzielając się od Boga Ojca – nawet w tej najmroczniejszej chwili, w której wszedł w nasze subiektywne poczucie bycia opuszczonymi przez Boga, w nasz milczący mrok. Św. Paweł słowami starochrześcijańskiego hymnu wyraża swoje zdumienie wobec tej przedziwnej tajemnicy Boga, który z miłości i pokory nie zawahał się aż tak uniżyć, żeby nas podźwignąć, i to aż do samego Nieba; i, co więcej, nakazuje nam Go naśladować.
Naśladowanie Chrystusa! Chrystusa czystego, ubogiego i posłusznego; Chrystusa pokornego, cierpiącego z miłości wszelkie ludzkie cierpienia, wreszcie oddającego życie z miłości… Tajemnica to wielka, przerażająca i pociągająca zarazem: prawdziwie Mysterium tremendum et fascinosum! Ta właśnie Tajemnica przez wieki dla jednych stanowiła i stanowi „zgorszenie” i „głupstwo”; ale niektórzy pozwolili się pociągnąć jej upajającej woni, i poszli za Barankiem, i są z Nim na wieki, już na zawsze. Tacy wzięli sobie do serca naukę Krzyża, a sam swój krzyż na ramiona, i poszli za Jezusem, by stać się godnymi, by w pełni należeć Jego. Swoją miłością przezwyciężyli cierpienie i śmierć, przed którymi żaden żywy człowiek nie ucieknie; ci stawili im czoła i pokonali je, idąc za Chrystusem, po Jego śladach, wąską ścieżką prowadzącą w górę, aż na szczyt Kalwarii, Czaszki, która stała się dla nich prawdziwą Górą Karmel, Bożym Ogrodem; bo jej martwy proch został skropiony i ożywiony zbawczą Krwią Baranka. I dla takich Krzyż nie jest już szubienicą i znakiem śmierci, ale bramą Królestwa Niebieskiego – bramą wąską i ciasną, przez którą zdołają się przecisnąć jedynie ci, którzy swoją pychę umieli pozostawić za sobą, stawszy się jak dzieci.
Dzisiejsza liturgia może i powinna nauczyć nas jeszcze jednej, bardzo użytecznej rzeczy: mianowicie tego, by nie polegać na ludzkim poklasku, ani w ogóle na tym, co jest zmienne i przemijające. Tłum jednego dnia wołał „Hosanna!”, a następnego: „Ukrzyżuj!”. Gdzie się podziali ci wszyscy uzdrowieni, wskrzeszeni, uwolnieni od trądu i od złych duchów? Gdzie świadkowie cudów? Gdzie dziesiątki uczniów? Tylko Maryja, a wraz z Nią garstka kobiet i św. Jan Apostoł (który też z początku stchórzył i uciekł, ale miał jeszcze na tyle oleju w głowie, że uciekł do Maryi) – tylko ta wierna Reszta, „mała trzódka”, pozostała przy Jezusie w Jego najcięższych chwilach, mając odwagę przyznać się do Niego. Dopiero Krzyż obnaża to, co naprawdę jest w sercu każdego: czy „miłość Boga aż do wzgardy siebie”, czy może wciąż jeszcze „miłość siebie aż do wzgardy Boga”.
Nie przywiązujmy się więc ani nie uzależniajmy od zmiennych wiatrów ludzkiej opinii, ale trwajmy przy Jezusie, opierając się jedynie na Krzyżu, który, jak mówi prastare przysłowie, „stoi, podczas gdy świat się kręci”. Tylko Miłość Boga jest wieczna i stała; wszystko inne przemija i nie jest w stanie nas zaspokoić. Jedynie z otwartego Serca Jezusa tryska źródło wody żywej na życie wieczne – źródło niewysychające, które jako jedyne zdolne jest naprawdę ugasić nasze pragnienie i nasycić nasz głód miłości.
Życzę więc sobie i Wam, żebyśmy razem z Jezusem zwycięsko przeszli przez ten święty czas cierpienia, śmierci i zmartwychwstania – przez ten Czas Miłości. Oto idziemy do Jerozolimy. Wkraczamy już w jej bramy. Czas wziąć swój krzyż i wspiąć się na Górę…