Dzisiejszą Niedzielą Siedemdziesiątnicy rozpoczynamy okres tzw. Przedpościa. Jest to jakby okres buforowy, pozwalający nam stopniowo przyzwyczaić się do ascetycznych trudów Wielkiego Postu, zarazem nawiązując symbolicznie do siedemdziesięciu lat niewoli babilońskiej. Cały ten czas ma nam pomóc uświadomić sobie jedną, fundamentalną rzecz: bez Boga jesteśmy niczym, i bardzo potrzebujemy Jego łaski.
Przypominają nam o tym teksty dzisiejszej liturgii; już w Introicie słowami psalmisty wołamy do Boga o ocalenie z rąk tak wielu wrogów naszego zbawienia: Szatana, świata i ciała, wyznając, że tylko On jest naszą siłą i ocaleniem, i że bez Niego bylibyśmy bezsilni wobec nich. A choć jest całkowicie sprawiedliwe, żebyśmy ponosili konsekwencje naszych grzechów, od pierworodnego poczynając (a skutkiem grzechu jest bycie niewolnikiem tych naszych wrogów, a ostatecznie – śmierci), to jednak ośmielamy się wołać do Boga ustami kapłana o zmiłowanie i ocalenie, nie ze względu na nasze zasługi, a tylko dla „chwały Jego imienia” (Kolekta). Tę modlitwę podejmują i pięknie rozwijają Graduał i Traktus, wyznając wiarę w Bożą wierność oraz nadzieję pokładaną w Bożej pomocy, jednocześnie zachęcając do cierpliwości i wytrwałości w oczekiwaniu na Bożą pomoc.
„Powstań, o Panie, by człowiek nie przemógł” – wołamy więc za psalmistą. Tak; nie pozwól, o Panie, bym to ja zwyciężył, ale przyjdź i zwycięż Ty sam we mnie, wyrwij mnie z niewoli własnego „ja”, mojego egoizmu i pychy; żebym odtąd nie służył już sobie samemu – zaiste, jest to najstraszniejsza niewola ze wszystkich! – lecz tylko i wyłącznie Tobie; bo tylko ten, kto z miłości staje się Twoim niewolnikiem, jest prawdziwie wolny, wybierając zawsze pełnię nieskończonej Miłości, Prawdy, Dobra i Piękna; podczas gdy ten, kto sam siebie uważa za wolnego – tzn. „wolnego” od Ciebie i Twoich zbawiennych Przykazań, które śmią ograniczać naszą samowolę – ten tak naprawdę znajduje się w prawdziwej niewoli i zakłamaniu, zaślepiony przez własną nicość i ciemność.
Ale same słowa tu nie wystarczą; potrzeba i czynów z naszej strony, rzetelnego postanowienia poprawy w oparciu o pomoc wszechmocnej łaski Bożej, która, jak niegdyś skała za Izraelitami, idzie razem z nami poprzez pustynię tego świata, pełną zatrutych źródeł i zwodniczych fatamorgan, darząc nas bez ograniczeń żywą wodą Ducha Świętego: „skałą zaś był Chrystus” (Lekcja). Skoro więc mamy tak wielkie wsparcie i umocnienie, czego możemy się lękać? Skoro ludzie światowi tyle czasu i wysiłku wkładają w ćwiczenia cielesne, mające pomóc im uzyskać siłę, piękno i może odrobinę dłużej utrzymać się przy życiu ziemskim, to chyba my powinniśmy tym więcej angażować się w ćwiczenia mające na celu podporządkowanie naszych niższych władz i popędów władzom wyższym – rozumowi oświeconemu wiarą i woli ożywionej przez miłość – by dzięki temu zwyciężyć w duchowej walce i zyskać życie wieczne? Bo choć wielu jest powołanych, to jednak niewielu jest wybranych; nie dlatego, że Bóg kogoś nie kocha lub z góry skazuje na potępienie, jak niektórzy błędnie uważali (a nawet nadal uważają), lecz tylko i wyłącznie dlatego, że brakuje odpowiedzi z naszej strony. Śpieszmy się więc wejść do „Bożego odpoczynku”, żebyśmy się nie spóźnili w naszej ospałości, i żeby nie zamknięto przed nami drzwi, jak przed owymi głupimi pannami z ewangelicznej przypowieści.
Z drugiej strony ta przypowieść, którą Jezus opowiada nam dzisiaj ma prawo napawać nas optymizmem; nawet w ostatniej godzinie może do kogoś przyjść wezwanie do nawrócenia. Ale biada temu, kto je zlekceważy! Tak samo biada temu, kto ośmieli się oskarżać Boga o niesprawiedliwość, jakoby miał On u nas jakiś dług do spłacenia za naszą, może nawet długą, służbę u Niego, tak jak robili to faryzeusze, wywyższający się nad nawracających się celników i nierządnice, nie zauważając, że przez własną pychę stają się w rzeczywistości jeszcze gorsi od nich, zamykając się skutecznie na dar zbawienia w Jezusie Chrystusie. Bóg ma prawo każdemu dać tyle, ile sam chce, bo tylko On jeden zna każde serce. Czyż i w nas nie jest jeszcze wiele pychy, wynoszenia się nad innych, porównywania się z nimi, zazdroszczenia im (nawet Bożych łask), osądzania nie tylko czynów, ale nawet intencji (co należy wyłącznie do Boga)? Prośmy więc o łaskę głębokiego nawrócenia, prawdziwej pokory i miłosiernej miłości; jeśli bowiem prawdą jest, że „komu więcej się odpuszcza, ten bardziej miłuje”, to jest także prawdą, że „kto przekroczył jedno przykazanie, ten przekroczył je wszystkie” – i tak „cały świat musi się uznać winnym wobec Boga”. Uznajmy więc naszą nędzę i, póki czas, płaczmy z powodu naszych grzechów, bo ci, którzy płaczą, zostaną pocieszeni…
Nagrodą, „do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie”, jest On sam – Jeden (jak ten ewangeliczny denar), Nieskończony, i On każdemu daje się tak samo; ale każdy ma inną „pojemność”. Starajmy się więc póki czas poszerzać nasze serca, w tym świętym współzawodnictwie starając się o to, by kochać Boga jak najbardziej, a inni by kochali Go jeszcze bardziej niż my sami, w ten sposób wspierając się nawzajem w biegu po świętość. Nie marnujmy czasu, który przecież „jest krótki”; nie wiążmy się z tym światem, nie osiedlajmy się na środku autostrady! Wielki Post wraz z Przedpościem stanowi najlepszy czas na to, by odciąć, usunąć z naszego życia to wszystko, co w nim niepotrzebne, co oddala nas od Ostatecznego Celu zamiast do niego przybliżać, a nawet na to, by, w ramach pokuty, zrezygnować z czegoś, co nie jest złe samo w sobie, na rzecz czegoś (czy też raczej – Kogoś), co jest od tego nieskończenie lepsze. Nie bądźmy więc ospali ani leniwi w tej pracy – naszą nagrodą jest w końcu Niebo. A jako że sam Bóg Wszechmocny będzie nas wspierał, to mamy całkowitą pewność, że – o ile tylko my sami nie „zawalimy” – dojdziemy zwycięsko do celu, i wejdziemy do prawdziwej Ziemi Obiecanej, i „już na zawsze będziemy z Panem”…
Z Bogiem i Maryją.